Pingwinie Walentynki

W samym środku antarktycznej zimy, gdzie wiatr zna wszystkie sekrety, a śnieg skrzypi jak stara podłoga w pałacu lodu, stoją naprzeciw siebie dwa pingwiny cesarskie.
Gdyby ktoś zapytał Antarktydę, czym jest miłość — wskazałaby właśnie na nich.
On poprawia niewidzialnym gestem czarną muszkę, bo nawet na końcu świata trzeba wyglądać przyzwoicie. W skrzydłach trzyma bukiet ryb — starannie dobrany, symetryczny i świeższy niż poranny lód.
Czerwona wstążka powiewa lekko na wietrze, jakby sama była podekscytowana tą chwilą.
To nie byle jaki prezent. To ryby wybrane z myślą: „ta jej się spodoba”, „ta wygląda romantycznie”, „a ta… no cóż, po prostu była największa”.
Patrzy na nią z dumą i lekkim napięciem — bo co, jeśli bukiet okaże się zbyt rybny? Albo zbyt mało rybny?
Ale jego złoto-pomarańczowe policzki zdradzają wszystko: to pingwin, który jest zakochany po same końcówki piór.
Ona przechyla głowę i przez chwilę milczy. To ta chwila, w której cały ocean wstrzymuje oddech.
W jej oczach widać rozbawienie, czułość i to ciche „wiedziałam, że się postara”. Jej pióra lśnią miękko, a ciepły akcent na szyi wygląda jak pieczęć aprobaty samej natury.
Między nimi nie pada ani jedno słowo — bo po co, skoro wszystko zostało już powiedziane bukietem ryb? Lód pod ich stopami trzeszczy, ale to tylko Antarktyda, która dyskretnie udaje, że niczego nie widzi.
W tle inne pingwiny niby zajęte swoimi sprawami, ale każdy zerka ukradkiem. Bo nawet w świecie wiecznego mrozu wiadomo jedno: kiedy pingwin przynosi bukiet ryb z kokardą, to nie jest zwykły dzień.
I tak, pośród śniegu, lodu i temperatur, które odstraszyłyby nawet najbardziej odważne serca, wydarza się coś zupełnie niepraktycznego.
Miłość.
Trochę śmieszna.
Bardzo wierna.
I absolutnie odporna na mróz.